Zespolenie

Słysząc te słowa, zdania wyrzucane z lękiem, trwogą, ale i wzruszeniem, czuła to samo, ten sam lęk, trwogę i wzruszenie.

Czy można zrzucać winę na inną kobietę, na to, że lokowała swoje uczucia w tym samym mężczyźnie? Czy to świadczyło o tamtej źle, że oddała się mu, skoro zauważyła w nim to samo, co ona? Bo przecież ona też się oddała, wcześniej niż sercem, oddała się swym ciałem, by później usłyszeć, że on był oddany innej. „Również” innej, nie „tylko” innej.

I bała się, że przejdzie w całości w te obce objęcia. Czuła lęk przed rękoma tamtej, która mogła zagrabić go całego. Objąć, choćby i brzuchem, i nie wypuścić.

Lecz dla kogo miała to być uprząż? Dla niego, czy dla niej samej? Obce oczy, obce słowa, obce dziecko, nagle miały zostać zassane w to życie własne. Wnętrze jej wzbogaciło się tego dnia o innych ludzi. O inne kobiety. I czuła, że jego rozrzutność stała się również jej udziałem. Że skutki tej haniebnej sprawy wciągają ją tak samo jak i jego.

Spojrzała mu w oczy. Źrenice pełne trwogi.

Trwoga, że odejdzie – czy on, czy ona – nie ma znaczenia kto od kogo. Nawet powód, ten straszny brzuch między jej nogami. Tamtej łono. Trwoga, że z powodu przyszłego życia skończyć może się to, tutaj, zmusiła ją do otwarcia ust.

– Zostań – powiedziała.

– Wybaczysz mi? – zapytał.

Wzruszyła się na myśl o jego naiwności. Nie, nie mogła mu wybaczyć, nawet jeśli by chciała. Nie mogłaby nawet zapomnieć, tak sama z siebie. Wiedziała, że świadomość o twarzy tamtej kobiety będzie ją prześladować każdego dnia, o każdym pocałunku. Czuła, że każde ich zbliżenie będzie bogatsze o tą wstrętną myśl. Że on myśli o niej. O tamtej. Że jest w dwóch miejscach jednocześnie.

Lecz cóż mogła w tym życiu zrobić?

Oddać się w ręce tamtej kobiety oznaczało bowiem stracić go, a w raz z nim wszystko to, co zdążył już wcześniej zabrać z jej duszy i ciała. Naruszone lędźwie oddać innym ludziom, na pastwę ich języków. Na śmiech ich oczu, gdy patrzeliby na nią, idącą bez niego. Niosącą w sercu pustkę po nim. Po tym, jak miał dwie, a wybrał jedną. Tamtą.

I ta świadomość, że to właśnie tamta mogła okazać się lepsza od niej, że to tamta mogłaby – mimo jej całkowitego oddania – zagarnąć go, kazała znów użyć tych samych ust, by wypowiedzieć to samo słowo:

– Zostań.

I słowem tym wzbudziła jego wzruszenie, zabijając do reszty własne. Oblał się łzami, choć czuła, że te łzy, te słone krople, niezdatne do picia, przyjdzie przełknąć jej samej, gdyż oddała go w ręce tamtej. Mówiąc mu „zostań”, powiedziała mu „idź”. Od teraz, mógł robić co chce, wiedziała to, pamiętała przecież swoją matkę; mógł być z tamtą i z nią, bo dostał rozgrzeszenie, które – musiał to widzieć, nawet przez te łzy – było odpuszczeniem nie tylko grzechów przeszłych, ale i wszystkich mających dopiero nadejść.

– Dziękuję – powiedział.

I ona była wdzięczna, że został pozornie jej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *