Czereśnia

Zdziwione twarze w milczeniu spoglądały na mnie.

Szczerze powiedziawszy, było mi wszystko jedno. Siedziałem opierając łokieć o wbitą w ziemię siekierę. Nie czułem bólu. Powinienem, a nie czułem. Tylko radość, choć dłonie całe czerwone. Jak dojrzałe czereśnie. Ociekały krwią. Gdzie jeszcze zostało choć trochę skóry, zwisała płatami. Zdarta od tych krwiożerczych uderzeń. Spojrzałem i dostrzegłem pulsujące nienawiścią odsłonięte mięśnie. Uśmiechałem się jak największy zabijaka w okolicy, przyciągając tym wstrętnym grymasem wzrok zebranych dookoła.

Choć nie, chciałbym żeby ktoś tu był, dlatego mówię, że byli. Ale nikogo nie było. Nikogo to nie obchodziło. Nikt nie patrzył jak pracuję siekierą, choć nie robiłem tego cicho. Machałem z całych sił, dopóki nie skończyłem i nie dostrzegłem, że wzdłuż trzonka ciągną się linie zakrzepłej krwi. Ale było już za późno, mówili, że jest za późno. Nie, przepraszam – przecież mówiłem, że ich nie ma. A jeśli są, to tylko dlatego, że są moim myśleniem życzeniowym. Że ktoś tu jest i zaraz coś powie.

***

Oglądałem ją ze swojego gabinetu każdego dnia. Zdarzało mi się nie spoglądać w jej stronę, gdy akurat musiałem czemuś poświęcić całą moją uwagę. Przysiąść umysłem nad tabelą czy inną bzdurą. Ale nie mogłem od niej oderwać wzroku, nawet gdybym chciał. Rozpraszała mnie, będąc tam – niby wieczne kuszenie. Przez nią rozpadło się wszystko co w życiu miałem. Żona, dziecko. Wszystko stracone przez tą pieprzoną, nieczułą…

Spokojnie, miałem być spokojny…

Głęboki wdech nosem, przytrzymać w płucach, powolny wydech ustami. Albo na odwrót. Cholera.

Nie, oni teraz nie spoglądali w moją stronę, nie mogli wiedzieć co planuję. Ale tak jak mówiłem, nic ich nie obchodziło, nic a nic. Może trochę na początku interesowali się moją niezdrową fiksacją na jej punkcie, ale to tylko z początku. Czym dalej w las, tym ciemniej. Inaczej: czym dalej w czas, tym ciemniej.

A ona tam stała i wciąż nie dawała mi spokoju.

***

Żona przez nią odeszła ode mnie. Powiedziała mi – żona, nie ona – że nie możemy już dłużej razem być. Że przez nią nie jest w stanie na mnie nawet spojrzeć, bo kto normalny pogodziłby się z czymś takim. Nasze wspólne rozmowy sprowadzały się albo do wzajemnych pretensji, albo do uników. Tak naprawdę wtedy jeszcze ktoś patrzył, mówił, że będzie lepiej. Żadne z nas w to nie wierzyło. Ani żona, ani tym bardziej ja. Choć, myślałem, że po prostu kiedyś będziemy mniej w tym trwać. Ale kogo ja okłamuję – o tym się nigdy nie zapomina, bo nawet na moment nie przestaje się o tym myśleć. Wyrządziła nam wiele szkód, których nie sposób w żaden sposób oszacować. Najprościej było więc rozstać się, niby że będziemy przyjaciółmi i tego typu gadanie. Ale ten tekst o przyjaźni to bajka – żona odeszła i od tego czasu widziałem ją tylko raz, gdy przyjechała po jakieś swoje rzeczy. Ona odeszła przez nią. Nie daruję.

***

Krew na mych dłoniach nie krzepła chyba przez to pulsowanie. Naprawdę się zmachałem, ale teraz – gdy już jej nie ma – pierwszy raz od dawna czuję się wolny. Wyzwoliłem się od niej, choć sam proces był niebywale męczący. Spracowana siekiera. Sam ją kupiłem, by zrobić to co zrobiłem.

Za to co mi zrobiła, co mi odebrała… Mogła tylko i wyłącznie stracić życie. A i to mało. Ćwiartowałbym dalej, gdyby nie fakt, że oddech płytki, a i dłonie zaczynają boleć i drżeć. Jak wtedy.

***

Siedzieliśmy na kocu przed domem, z żoną i dzieckiem. Promyki szczęścia, one obie. Wtedy jeszcze nie brałem jej ingerencji pod uwagę, więc beztrosko rozkoszowaliśmy się upalnym dniem, ale już wtedy padał na nas cień. Jej cień był gdzieś tu od zawsze, tylko że nie zwracałem na to uwagi, dopóki i mój cień nie dał o sobie znać.

***

Patrzą na mnie wciąż i wciąż, niemo, niczym na oszalałego, choć wiem, że tak trzeba było z nią postąpić. Ale nic nie mówią, bo ich przecież nie ma, nie może być. Gdyby byli wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale najłatwiej odejść bez słów, bo nikt ich nie umie dobrze dobrać jak trzeba. A jak brakuje słów, można odejść.

Ale można tez użyć siekiery.

***

Siedzieliśmy na kocu przed domem, z żoną i dzieckiem. Promyki szczęścia, one obie. A pomiędzy nami miska z czereśniami. Jedliśmy i śmialiśmy się. Przyjemność rozpływała się po podniebieniu. Wypluwałem pestki odchylając głowę do tyłu, gdzieś za siebie. Pytałem, czy tak umie. Żona mówiła, że jestem świnia, ale śmialiśmy się. I w tej radości przeoczyliśmy nasze maleństwo. Zaczęła się krztusić, niby nic nowego. Codziennie się krztusi. Ale teraz…

***

Nie, nie. Nie, nie mogę. Nic nie pomaga. Nie. Nie. Córeczko. Nie, proszę. Nie. Nie mogę. Nie. Zrób coś! Nie nie nie nie nie…

***

Proszę…

***

Widzicie, widzicie? Krew na mej twarzy to z tych dłoni, które nic nie mogły zrobić wtedy, a teraz mogły tylko machać. Cała okolica patrzy na mnie, cała okolica mówiła mi, że mam najlepsze czereśnie i dziwili się, że idę dzierżąc w dłoni siekierę. Teraz się dziwili? Że muszę ją ściąć? Zabić? Zemścić się? Odżegnać ból? Spróbować? Proszę, widzicie? A nie, nie ma przecież was, cóż możecie widzieć, sam ledwo widzę. Leży czereśnia, jej słodkie owoce, jej słodkie owoce i mój owoc, najsłodszy owoc życia…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *