Myślące maszyny – O. Drogin – recenzja

Zanim powstały koleje żelazne, zanim ludzie przemieszczali się automobilami, w pewnej osiemnastowiecznej szwajcarskiej wiosce powstał mechaniczny człowiek. Nikogo nie powinno dziwić, że tak doniosły wynalazek miał miejsce właśnie tam – w Cheau de Fone. Mieszkańcy tej miejscowości specjalizowali się bowiem w produkcji zegarów. Na miejscu tworzono wszystkie komponenty. Większość ludzi zajmowała się wytwarzaniem poszczególnych, konkretnych podzespołów. Niektórzy jednak – jak Piotr i Henryk Droz – doskonale rozumieli działanie całego mechanizmu. To właśnie ci dwaj mężczyźni – ojciec i syn – powołali do życia pierwsze androidy. Mechanicznego pisarza i mechaniczną muzykantkę. Owa para stanowiła sensację – niektórych zdumiewała, innych wręcz przerażała.

Wynalazki zaczęły żyć własnym życiem – można było pomyśleć, gdy uruchamiała się maszyneria budząca ze snu pisarza i muzykantkę.

Para androidów podróżowała po świecie. Trafiła między innymi do Madrytu, gdzie młodszy z dwójki wynalazców – Henryk – urządził wystawę. Ludzie zwiedzali ją tłumnie. Reakcje były takie same jak wszędzie: mechaniczni ludzie zdumiewali, ale i przerażali. Pojawiły się oskarżenia…

Henryka, jeszcze w Hiszpanii pojmano, a następnie osadzono w więzieniu. Nie pomogły tłumaczenia, objaśniania działania mechanizmu. Przecież ktoś, kto ożywił człowieka, musiał użyć czarów…

***

Myślące maszyny rozpoczynają się przedstawieniem wspomnianych androidów. Drogin zabiera czytelnika w popularnonaukową podróż po świecie wynalazków. Większość z nich nie rozbudza wyobraźni aż tak bardzo jak mechaniczni ludzie konstrukcji Drozów. Jednak – to właśnie pozostałe, opisane przez Autora wynalazki, mają dużo większe znaczenie.

***

Obserwowałem obrót ziemi przez mikroskop powiedział Foucault w 1852 roku podczas posiedzenia Akademii Nauk, ogłaszając tym samym wynalezienie żyroskopu.

Ten niepozorny wynalazek okazał się mieć ogromny wpływ. Sam w sobie, jako osobna maszyna, stopniowo stawał się częścią coraz to kolejnych urządzeń [wykorzystywany między innymi na okrętach, w torpedach czy w lotnictwie]. Drogin uzmysławia znaczenie rzeczy na pierwszy rzut oka niepozornych. Małych, a czasami wręcz niewidzialnych [fale radiowe], które umożliwiają sterowanie potężnymi maszynami.

Interesującą już historię najnowszych wynalazków [do lat 30. XX wieku; na moment ukazania się książki], Autor okrasza mnóstwem anegdot. Gdy wspomina o automatycznych światłach drogowych reagujących na dźwięk klaksonu, opisuje uliczników, którzy rozregulowali ruch w mieście, imitując odgłos owych sygnałów dźwiękowych. Kiedy indziej, pisząc o falach radiowych, przywołuje pomysł wykorzystania ich do sterowania… końmi(!). Tego typu ciekawostek w Myślących maszynach jest mnóstwo. Z tego też powodu, czytając książkę Drogina nawet obecnie, można się nie tylko wiele dowiedzieć, ale jednocześnie dobrze bawić.

Myślące maszyny w istocie oznaczają myślących wynalazców. Ludzi, którzy zaprzęgli swój umysł, by stworzyć coś, co może sprawiać pozory posiadania własnych, autonomicznych myśli. Zrębów świadomości. Tego typu podejście widoczne jest zwłaszcza w odbiorze wynalazków z wyglądu przypominających ludzi. Androidy Drozów, czy robot opieczętowany napisem R.U.R. z wizją Karela Čapka nie miały zbyt wiele wspólnego. Drogin objaśnia czytelnikom działanie wynalazków i uświadamia: nawet jeśli sprawiają one wrażenie działania za pomocą cudów, zawdzięczają to tylko i wyłącznie geniuszowi swoich twórców.

TEKST NA PODSTAWIE WYDANIA:

Myślące maszyny, O. Drogin, tł. Wacław Korwacz, Księgarnia Powszechna, 1938. [publikacja dostępna bezpłatnie w serwisie Polona].

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *