Ostatni dzień psów

Jak każdego ranka, tuż po przebudzeniu Grzegorz skorzystał z toalety i udał się do kuchni. W jego ściśle poukładanym życiu, nie było miejsca na nieład. Nie lubił zmian, widząc w nich przyczynę wszelkich nieszczęść – uważał, że jedyna wartość w życiu to stabilność, a życie pozbawione stabilizacji, postrzegał za zagrożenie. Bał się przede wszystkim niepewności, która była naturalną konsekwencją zmiany. Zakładał przez to zawsze najgorszy scenariusz – we wszelkich aspektach ludzkiej egzystencji.

Cóż bowiem znaczy największe, losowe szczęście, skoro przytłoczyć je może masa najmniejszych tragedii? Ziarenko piasku to nic, w porównaniu do budynku. Ale ziarenko przemieni się w pustynię, a ruchome wydmy zakryją całą ludzkość.

Sięgnął do szafki pod zlewem, tam gdzie zawsze trzymał karmę dla swojego pupila. Dostrzegł niedojedzony pokarm. Wsypał go do pudełka, wymieszał i ponownie wysypał do miski, odświeżając w ten sposób pożywienie. Nabierał czworonoga zakrywając zwietrzałe chrupki warstwą aromatu skrzętnie trzymanego w zamykanym strunowo worku. Podsuwał mu coś starego w nowej szacie. Zwierzęciu to odpowiadało. W miejscu pogardy skierowanej w bezzapachowe żarcie, pojawiał się merdający ogon, kapki śliny i ożywiony wzrok.

Nalał świeżej, przefiltrowanej wody.

– Johnny, chodź tu – zawołał po chwili gdzieś w dalszą część domu.

Pies nie reagował. Po chwili ponowił próbę przyzwania go. Bezowocnie.

– Pewnie jeszcze śpi. Zgłodnieje to przyjdzie – powiedział na głos sam do siebie.

Zajął się więc przygotowywaniem własnego śniadania. Parę minut później, gdy parujące tosty wylegiwały się na zimnym talerzu, po raz kolejny odnotował brak kompana. Zdziwiło go to.

– Przecież każdy aromat budzi tego kundla i zwabia do kuchni. Poza tym… – podszedł do lodówki, otworzył drzwi po czym ostentacyjnie zamknął je. – To też nie działa? Co jest z tym psem? Johnny, no chodź tu!

Westchnął i postanowił zająć się nim później. Liczył, że problem rozwiąże się sam, że czworonóg po prostu smacznie śpi. Że nic mu nie jest.

Jeśli trzeba będzie brać urlop na żądanie? Szef mu teraz nie odpuści, nie ma szans. Zresztą, co da dzień wolnego? Wszystko co miał zaplanowane na dziś, musiałby zrobić jutro i to dwa razy szybciej. A i tak niedługo zaczną się telefony. Że to, że tamto. A jeszcze znaleźć numer do kliniki weterynaryjnej. Tą, którą odwiedzili z Johnnym ostatnio, zamknęli w zeszłym roku. Wszystko płynie. Ale w miejscu rzeki ruchome piaski.

Przetarł oczy noszące w swoich zakamarkach resztki snu.

Martwił się na myśl o ostatniej wizycie u weterynarza. Wspominał skomlenie zwierzęcia, gdy doktor wstrzykiwał mu jakieś specyfiki. Wiedział, że tak trzeba, że robi to co może, by pomóc swojemu podopiecznemu, ale z drugiej strony – zastanawiał się, czy nie wystarczyło po prostu poczekać. Może zareagował zbyt pochopnie? Stracił dzień urlopu, a bieganina niewiele mniejsza niż w robocie. Może kolejnego dnia pies czułby się lepiej, a on byłby i bogatszy, i spokojniejszy, wiedząc, że wszystko jest tak, jak ma być, bo w gruncie rzeczy, sprawa załatwiła się sama, gdzieś w tle. I tak ostatecznie wszystko wróciło do dobrze znanej rutyny.

– Może i on nie jest głodny, ale ja muszę coś zjeść, bo padnę.

W tym momencie, do kuchni wkroczył Johnny. Przednimi, dobrze zbudowanymi łapami człapał po podłodze, uderzając jednocześnie pazurami o glazurę. Wzrok miał senny, a uszy oklapnięte.

– No wreszcie jesteś, idź coś zjeść. Nasypałem ci pokarmu i nalałem świeżej wody.

– Szkoda tylko, że jak zwykle karma jest stara i sucha, a woda nijaka – odrzekł pies.

Grzegorz zatrzymał swój tost w połowie drogi do ust.

– Ty….

– Co ja?

– Ty… mówisz?

– No, a co w tym dziwnego?

Wpatrywali się w swoje oczy. Zdumione, rozbudzone i rozszerzone źrenice mężczyzny w leniwe, zwężone źrenice psa.

– I tak po prostu zacząłeś mówić?

– Tak. Wstałem dziś rano, właściwie – ciągnął Johnny. – Obudziłeś mnie dziś rano krzykami, że mam jedzenie. Przecież zawsze mi je zostawiasz, głodny nigdy nie chodzę, więc po co mam jeść o określonych porach? Poza tym, przecież nie wychodzę do pracy tak jak ty, więc mam na wszystko czas.

Ponownie w pomieszczeniu zagościła cisza. Oboje znali się od lat, choć Grzegorz odczuł, jakby dopiero teraz po raz pierwszy naprawdę poznał swojego towarzysza. To urocze psisko, leniwe i wierne, w jednej chwili stało się psiskiem roszczeniowym i wygodnickim.

– A czy potrafisz coś jeszcze, poza mówieniem?

– Nie wiem czy to jest umiejętność, w takim znaczeniu jak umiejętnością może być mowa, ale skoro to dla ciebie takie dziwne… – Johnny zamyślił się, po czym dodał. – To jeszcze umiem, choć podkreślam, umiejętność to dziwne słowo, słuchać.

– Możesz dokładniej? – zapytał przerażony.

– No, od zawsze wiedziałem co się dzieje i rozumiałem o czym mówisz. Tak jakbym od urodzenia miał opanowaną mowę ludzką, jednocześnie nie umiejąc jej wyartykułować.

– Czyli… jeśli powiedziałem coś przy tobie na głos…

– Tak, wszystko słyszałem. Weź jeszcze poprawkę, że jako pies, mam słuch o wiele ostrzejszy niż człowiek. Więc, poznałem twoich rozmówców, bo przecież głośnik w telefonie miałeś dosyć mocno podkręcony. No i nawet czasami twoje przekleństwa, gdy tak niby szeptem, sam do siebie.

Grzegorz zbladł. Jako że mieszkał sam, traktował psa jak przyjaciela, przed którym nie ma się żadnych sekretów. Choć, byłaby to bardzo wypaczona definicja przyjaźni, w której jedna ze stron odgrywa tylko i wyłącznie rolę słuchacza. A dla niego Johnny był nie tylko przyjacielem. Był też swego rodzaju terapeutą, przed którym nie miał ani tajemnic, ani wstydu. Jednakże relacja ta wypaczała również i definicję terapii, gdyż Grzegorzowi zdarzało się paradować po mieszkaniu nago, nie zwracając uwagi na szwendającego się czworonoga. Czasami pupil towarzyszył mu nawet podczas toalety – tam gdzie przysłowiowy król chodzi piechotą.

Mężczyzna nie dostrzegał w tym nic dziwnego ani strasznego, dopóki pies nie przemówił ludzkim głosem.

– Zdajesz sobie sprawę, że to brzmi jakbyś mnie podsłuchiwał?

– Podsłuchiwał? Przecież sam mnie przygarnąłeś i sam mi wszystko mówiłeś. Czy chociaż raz zadałem ci jakiekolwiek pytanie? Nie. A czy chociaż raz zapytałeś sam siebie, czy mam ochotę słuchać twoich psychicznych wynurzeń? Też nie. A uwierz mi, ta wiedza o tobie do niczego nie była mi potrzebna, ani w najmniejszym stopniu mnie nie interesowała.

Choć wciąż przerażony, poczuł się rozdrażniony. Nie po to przygarnął i wychował przyjaciela, by ten okazywał mu niewdzięczność i arogancję.

– Doprawdy, ledwo zacząłeś mówić, a już mówisz mi takie przykrości?

– Oho, to są przykrości? A jak wieczorami siadałeś obok mnie i gadałeś przez dwie godziny, jaki to jesteś samotny i jaki to świat jest niedobry i jaka to twoja praca jest żałosna, i że nikt cię nie rozumie… to według ciebie nie było dla mnie przykre? Słuchanie tego prawie każdego dnia? Za co? Za jedzenie i dach nad głową?

– A co, miałem ci niby płacić pieniądze?

– Obecnie, niewątpliwie, byłbym bogatszy od ciebie.

W tym momencie miarka się przebrała. Grzegorz złapał psa za obrożę i zaniósł go do pokoju. Przekręcił klucz w zamku, po czym pomaszerował do salonu. Rozsiadł się w fotelu i uruchomił telewizor. Chciał zagłuszyć swoje myśli szumem informacyjnym, wyprzeć z głowy tą niedorzeczną sytuację. „A co jeśli się mylę?” – pomyślał. – „A co jeśli to tylko wymysł mojej wyobraźni? Chwilowe zaburzenie? Lotne piaski?… A jeśli zwariowałem…”.

Jego wariactwo okazało się jednak tylko wariactwem domniemanym; stanem, którego kondycję może zweryfikować nawet niewykwalifikowana osoba poprzez narzędzia pozbawione jakichkolwiek metodologicznych podstaw.

W tym przypadku, papierkiem lakmusowym okazał się serwis informacyjny.

– Dziś nad ranem otrzymaliśmy od jednego z naszych widzów materiał, na którym pokazany był pies przemawiający ludzkim głosem. Uznany szybko za fotomontaż, został odrzucony, jednakże niewiele później naszą skrzynkę odbiorczą zalała fala wiadomości z podobnymi doniesieniami. We wszystkich przypadkach, mówiącymi pupilami były psy, nie odnotowano żadnych kocich mówców.

Prezenterka telewizyjna mówiła coś jeszcze, jednak Grzegorz przestał słuchać. Patrzył tylko tępo w zmieniające się obrazki, przedstawiające mówiące psy wszelkich ras i maści.

– Widzisz, nie jestem wcale taki wyjątkowy! – krzyknął Johnny. – Wypuść mnie i pogadajmy!

W żadnym stopniu nie miał ochoty na rozmowę. Chciał zapaść się w fotelu, zniknąć z tego świata i sprawić, by ten wrogo nastawiony świat o nim zapomniał. Przerażenie i lęk, które targnęły nim po raz wtóry, w końcu wybiły bezpiecznik. W głowie Grzegorza przekręcił się jakiś zawór, który wyrzucił z niego nadmierne ciśnienie całych zdań. Zaczął mówić szeptem, sam do siebie.

– A jeśli to wszystko jest jakąś halucynacją? Ale jak, przecież telewizor, przecież mówią, że takich przypadków jest więcej. A jak cały świat? A jak cały świat dowie się o moich sekretach…

Przerwał, bo zdał sobie sprawę, że jednak pies potrafił już wcześniej mówić. Od zawsze. On i inne psy. A on i inni ludzie, po prostu ich nie rozumieli.

Wystrzelił z fotela i gorączkowo podbiegł do tymczasowego więzienia swojego pupila. Przekręcił kluczyk w zamku i wszedł do środka.

– No, wreszcie jesteś, myślałem, że przestałeś kochać swojego czworonoga. Słyszałem, że nie tylko ja zyskałem umiejętność mówienia – parsknął Johnny. – Umiejętność, też mi umiejętność…

– Powiedz mi – ciągnął niepewnym głosem Grzegorz. – Czy rozmawiałeś o mnie z innymi psami?

Zwierzak zamyślił się, zauważając, że to nie czas na sarkazm. Odsiewał właśnie w swoim psim mózgu nieadekwatne słowa i zwroty, po czym rzekł.

– Wy mówicie na to plotkowanie. Przecież ciągle mówiłeś o swoich znajomych z innymi znajomymi.

– Co o mnie mówiłeś innym psom?

– Podobne rzeczy do tych, które ty o innych ludziach.

– Sprecyzuj – wycedził przez zęby Grzegorz.

– No, że u mojego pana słychać to i to…

– Sprecyzuj!

– Na przykład: że mój pan opowiadał mi przez cały wieczór o swoich nieudolnych podbojach miłosnych i swojej nieudolnej pracy. Że oczerniał swoich współpracowników, podważając ich kompetencje. Czasami śmiałem się z twojego nieowłosionego ciała, gdy chodziłeś nago. Nigdy nie mogliśmy z innymi psami zrozumieć, dlaczego tak wątłe organizmy były w stanie podporządkować sobie cały świat, jednocześnie traktując nas i koty jako swoich przyjaciół. Nie raz dociekaliśmy, dlaczego akurat my, a nie na przykład… bo ja wiem… takie sarny.

Grzegorz kiwnął głową. Nie miał ochoty odpowiadać ani z czegokolwiek się tłumaczyć. Miał już tego dość. Wyszedł z pomieszczenia, ponownie zamykając w nim pupila.

Wrócił do salonu, by znów zatopić się w strumieniu informacyjnego szumu.

– … w ten oto sposób, należy zająć się kwestią mówiących psów. Bo, proszę pani, należy uznać, że są one tak samo zdolne do demokracji, jak zdolny do niej jest każdy człowiek….

Zaczął zmieniać stacje. Na wszystkich kanałach trwał program specjalny, który w całości poświęcony był mówiącym psom. A o mówiących psach mówili wszyscy – od psychologów i socjologów, przez lekarzy i żołnierzy, aż do księży i grabarzy.

– … skoro one i mówią jak ludzie to i należy grzebać jak ludzi, jak pomrą. No nie mam racji, panie redaktorze? No, tylko problem z trumnami i z wyceną, bo to jednak mniejsze od człowieka. Więc może liczyć jak za martwe dziecko? – perorował ewidentnie pijany grabarz, co chwilę przecierając czoło brudną od ziemi ręką.

Przełączył na kolejny kanał.

– Proszę mi nie przeszkadzać, bo ja nie przeszkadzałem jak pan mówił!

Jednak tą stację szybko zmienił, twierdząc, że nie ma sensu patrzeć, gdy w tak przełomowym momencie historii, politycy ujadają na siebie. Żrą się jak psy. Skaczą sobie do gardeł.

Zastanowił się, czy tego typu sformułowania nie zostaną wkrótce zakazane pod pretekstem rasizmu. Miał również w głowie i kolejne pejoratywne określenia: „schodzić na psy”, „skundlić się”, czy „suka”.

– Mam tak siedzieć w zamknięciu, bo nagle stanąłem na równi z tobą? – krzyczał Johnny.

Jednak mężczyzna go ignorował. Przełączył na kolejny kanał, który różnił się od wszystkich poprzednich tym, że zamiast ludzi debatujących o mówiących psach, przemawiał pies.

– Ludzie. W większości przypadków traktowaliście nas dobrze, i chwała wam za to. Jednakże, równocześnie, mnoga część naszej psiej braci wycierpiała się przez was i wasze zacofane przekonania dotyczące jedzenia. Wysuwamy apel, do wszystkich ludzi – macie przestać jeść psie mięso, a jeśli apel nie poskutkuje – wysuwamy apel do wszystkich psów – macie zacząć jeść ludzkie mięso. Jednocześnie, żądamy, by wydano i skazano na egzekucję ludzi, którzy przyłożyli rękę do psobójstwa naszych pobratymców!

Nie wierzył w to co widział. Rozumiał i potępiał praktyki typu festiwal psiego mięsa, jednak zdał sobie sprawę, że jednocześnie zbytnio nie przejmował się, że codziennie ludzkość w podobny sposób traktuje sporą rzeszę zwierząt, które otrzymały nawet miano „rzeźnych”. Przełączył kanał, na którym jakiś bernardyn poruszał temat, o którym ledwo co zdążył pomyśleć.

– … niech słyszą, że z nami nie ma żartów! Niech wiedzą, że nie można bezkarnie zabijać nas, zwierząt, i stawiać nas, zwierząt, w jakimś łańcuchu pokarmowym, w którym jesteśmy my jako danie i człowiek jako konsument! Na dodatek, wyobraźmy sobie wszyscy, jak perfekcyjnie opanowano sztukę masowego zabijania, na której nawet można się dorabiać majątków! Przecież nie zabija się chorych zwierząt, o nie. Zabija się tylko i wyłącznie zdrowe okazy, a czym lepszy stan zwierzęcia, które mogłoby wyjść w świat i chcieć po prostu żyć, tak jak po prostu żyje człowiek, to tym lepiej jest go uśmiercić i zjeść!

Rozwścieczony bernardyn zakończył przemowę uderzeniem łapy w stół. Debata była jednak o wiele kulturalniejsza niż w przypadku ludzi, bo kolejny pies, który zabrał głos, grzecznie czekał na zakończenie wywodu swojego rozmówcy.

– A czy nie powinniśmy zwrócić uwagi na fakt, że ten proceder, który zorganizowany jest na masową skalę, często służy nie tylko zaspokojeniu głodu? Bo nie oszukujmy się, sami jako zwierzęta też od wieków siebie zjadaliśmy – ale również i śmierć naszych braci i sióstr jest często bezsensowna. Czy widział kto, by zwierzę zostawiało swoją ofiarę, albo niedojadało jej, bo ma takie widzimisię? A ilu z nas, przypłaca swoje cierpienia w niewoli bezsensowną śmiercią, której bezsens polega na tym, że gotowy produkt jakim są nasze ciała, trafia do kosza na śmieci ze względu na „przeterminowanie”? To są miliardy, jeśli nie tryliardy, jeśli nie większe liczby.

Zmienił kanał, po czym wyłączył telewizor. Rewolucyjny nastrój udzielił się również innym stacją, dopuszczającym do głosu zwierzęta, które po raz pierwszy otrzymały do niego prawo.

Siedząc w fotelu i widząc to wszystko, bał się skrajności, które te psy reprezentowały. Przecież osobiście nie zrobiłby nigdy krzywdy swojemu pupilowi. Przerażało go, że te zapędy skończą się tak samo krwawo, jak każda wcześniejsza rewolucja w historii ludzkości. Z tym, że to będzie historia psów, które żadnej własnej historii jeszcze nie mają. Więc psy – myślał dalej Grzegorz – mogą nie zrozumieć, że tak radykalne podejście będzie jedynie eskalowało przemoc i dalszy rozlew krwi. Wiedział, że ucierpią niewinni. Ludzie i zwierzęta. Z drugiej strony, myśląc o nigdy niespisywanych dziejach psów, zdał sobie sprawę, że to nie ma najmniejszego znaczenia – ta historyczna pamięć. Bo, czyż człowiek jako gatunek, kiedykolwiek wyciągnął wnioski z dziejowych przesłanek, które raz po raz krzyczały z kart historii: „krwawa rewolucja!”, „śmierć milionów przez wojnę!”, czy znowu „krwawa rewolucja!”? Krew w piach.

– Grzesiek, no weź mnie w końcu wypuść, muszę iść za potrzebą!

Wyrwany z zamyślenia, poszedł uwolnić zwierzaka z tymczasowego aresztu. Ten, nawet nie zwracając uwagi na człowieka, pobiegł do łazienki i zamknął za sobą drzwi. Po chwili słychać było odgłos spłukiwanej wody.

– No, bałem się że już tam dłużej nie wytrzymam – podsumował Johnny. – Krzyczę do ciebie i krzyczę, a ty oglądasz tych wariatów w telewizji. Nie przyszło ci do głowy, że w przeciwieństwie do was, my psy, potrafimy posiadać własne zdanie?

– I jakie jest to twoje własne zdanie? No, pochwal się, co ustaliłeś ze swymi „pobratymcami” podczas naszych spacerów i nocnego ujadania przy świetle księżyca? – zapytał zdenerwowany.

– Po pierwsze, możesz czuć się bezpiecznie. Żadna krzywda z mojej strony ci nie grozi…

Mężczyzna podniósł rękę, co uciszyło psa. Czworonóg, stanął na tylnych łapach, po czym zaczął uporczywie wpatrywać się w oczy człowieka.

– Mam kontynuować dalej, czy chcesz coś wtrącić? – zapytał poirytowany.

– Mów… – odparł Grzegorz.

– Jak mówiłem, zanim mi przerwałeś swoim zniecierpliwieniem, z mojej strony nie grozi ci żadna krzywda. Nie jestem hipokrytą, nieraz zajadałem się mięsem, które mi podawałeś. Mało tego, muszę przyznać – ale niech to, w tych rewolucyjnych czasach, pozostanie między nami – że zwykle mi smakowało. Ale, jest też druga strona medalu.

– Jaka?

– Najpierw zadaj sobie inne pytanie: a co jeśli ludzie przestraszą się tych gróźb psich narwańców i sami najpierw zaatakują? Czy sam przypadkiem nie doszedłeś do wniosku, że mogę sprawić ci krzywdę?

– Nie, nie pomyślałem w ten sposób.

– Akurat, już ci wierzę. No, ale mniejsza z tym co pomyślałeś, ważniejsze jest, co zrobiłeś lub czego zaniechałeś. Większym problem jest fakt, że obecnie nie jesteś w stanie zagwarantować mi bezpieczeństwa. Bo o ile mogę mieć pewność, że ty nic nie zrobisz, to skąd mogę wiedzieć, że nie zrobi mi czegoś jeden z twoich sąsiadów? No i przeciwnie, o ile ty możesz zaufać mi, to nie możesz zaufać innym psom.

Grzegorz nie odpowiedział. Uważając rozmowę za zakończoną, Johnny opadł na cztery łapy i poczłapał do swojej miski z jedzeniem.

– Mógłbyś wylać tą wstrętną wodę i wlać mi coś dobrego?

– Czego się napijesz?

– Nie wiem, może jakiegoś alkoholu? Nigdy nie piłem, a widziałem, że wprowadzał cię w różne odmienne stany.

– Jesteś w wystarczająco odmiennym stanie – stwierdził, po czym podszedł do lodówki, wyciągnął z niej sok pomarańczowy i wlał psu do miski.

Johnny łapczywie chłeptał swój nowy napój, jednocześnie strzygąc uszami.

– Oho, to cię zainteresuje. Włącz sobie telewizor i przełącz na ten twój ulubiony kanał.

Nie pytając skąd wie co aktualnie leci w telewizji, posłusznie poszedł do salonu i uruchomił odbiornik. Odszukał ową stację, po czym całym ciężarem opadł w fotelu.

– … donosi się, że w fabryce przetwórstwa mięsa doszło do zamordowania czternastu pracowników. Wielu z nich, zostało zabitych w brutalny sposób. Ostrzegamy, dalszy materiał nie nadaje się do oglądania przez dzieci i widzów o słabych nerwach… – zapowiedziała program reporterka.

– Słabe nerwy, dobre mi sobie – powiedział Johnny nie odrywając pyska od jedzenia. – Jak „słabe” nerwy trzeba mieć, by zabijać inne stworzenia i wmawiać sobie, że to humanitarne? Bardzo humanitarne, bardzo…

Grzegorz oglądał dalej. Pokazano zwłoki ludzkie z których wciąż ściekała krew, podwieszone na wielokrążkach i hakach. Na ciałach widoczne były ślady pazurów, kłów i czegoś jeszcze. Jakiś wgnieceń.

Do podobnych incydentów doszło w wielu innych miejscach w kraju i za granicą – kontynuowała reporterka. – W kilku przypadkach udało się ująć sprawców. W sumie zatrzymano czterdzieści psów, którym w trybie ekspresowym postawiono zarzuty nawoływania do nienawiści rasowej oraz morderstwa z premedytacją.

Grzegorz zmienił stację.

– … w przypadku tak bestialskich zbrodni, należy podważyć cały dyskurs, w którym stawia się znak równości pomiędzy człowiekiem a mówiącymi psami. Z tego też powodu optuję za jak najszybszą legislacją. Konieczne jest ustanowienie praw dla psów. Praw, które będą egzekwowane na równi z prawem dla ludzi – powiedział jakiś prawnik.

– Proszę powiedzieć, co uważa pan za kluczowe w pierwszym etapie wprowadzania takiego porządku prawnego? – zapytał dziennikarz.

– Ze względu na bestialskie zbrodnie, jakich dopuściły się psy, konieczne jest przede wszystkim ustanowienie prawa karnego oraz zastanowienie się nad kwestią wprowadzenia kary śmierci dla psów dopuszczających się takich czynów.

– Jak w takim razie mają się do tego zastosować obecnie weterynarze, którzy byli czasami zmuszeni do usypiania zwierząt?

– To już jest poddane regulacją prawnym, nie ma konieczności poddawania zmianom praw człowieka – podsumował prawnik.

– Dobre sobie – powiedział Johnny, gdy nagle zjawił się tuż obok fotela. – Swoją drogą, nie spodziewałem się, że do tego typu incydentów dojdzie tak szybko. Ale, przecież trzeba pamiętać, że i wśród nas jest pełno ras, które są uważane, za wyjątkowo agresywne. No, w tych czasach, trzeba zadać sobie pytanie, czy psa jeszcze będzie można „ułożyć”. Pewnie zmieni się cały paradygmat, będzie się mówić o socjalizacji pierwotnej i wtórnej u psów…

Grzegorz zastanawiał się, skąd jego czworonóg potrafi mówić z taką lekkością o tak zawiłych sprawach. Jak to jest możliwe, że pies, który tylko słuchał i obserwował, potrafił przyswoić sobie cały sposób myślenia, tak charakterystyczny dla człowieka.

– Przełącz program, bo gadają jacyś niekompetentni imbecyle – skwitował Johnny.

Mężczyzna posłusznie zmienił stację. W studiu siedział dziennikarz oraz podpisany jako gość specjalny, owczarek.

– Panie Psie.

– Przejdźmy na ty, jestem Maks.

– Tomek. Maks, powiedz naszym widzom, na czym według ciebie polega cała ta awantura.

– To proste Tomek. Od zawsze traktowano nas jako nierównorzędnych partnerów. Byliśmy i przyjaciółmi i ofiarami. Wiadomo, nie wszyscy ludzie są źli, ale i nie wszystkie psy są dobre. Jednak problem, dotyczący wszystkich psów, polegał na fakcie, że nigdy nie mieliśmy prawa głosu. A jak szczekaliśmy, to jeszcze nas uciszano – Maks zaśmiał się, po czym kontynuował swój wywód. – I w tym momencie, gdy wreszcie uzyskaliśmy prawo głosu i wyraziliśmy własne zdanie, okazało się, że niektórym ludziom to przeszkadza i są oburzeni.

– Możesz podać przykłady?

– Najprostszy przykład, pierwszy z brzegu. Idąc do studia zauważyłem psa, który wciąż pozwalał prowadzać się na smyczy i to jeszcze w kagańcu. Czy miał zamknięty pysk, bo mógłby powiedzieć coś, czego według własnego pana nie powinien powiedzieć? Nie wiadomo, wiadomo jednak, że niektórym niewolnictwo weszło w krew.

– Powiedz, jak widzisz dalszą koegzystencję naszych gatunków?

– Koegzystencja jest możliwa, przecież od wieków chodziliśmy przy waszej nodze. Sprawa jest trywialna, lecz chyba potrzebowaliście, by powiedział wam o niej ktoś inny niż człowiek. Więc przemówił pies.

– I co powiedział?

– Że nie możecie karać nas za to, że robimy to samo co wy przez tysiąclecia. Oczywiście, potępiam te krwawe akcje odwetowe w różnych rzeźniach czy sklepach mięsnych, ale nie oszukujmy się – zwierzęta wymierzyły sprawiedliwość na własną rękę, w ramach systemu, który w żaden sposób rąk im nie wiązał. Prawnie więc, powinni wypuścić te psy. Byłoby hipokryzją przyznanie w świetle obecnych przemian, że ludzie trudniący się ubojem zwierząt, haniebnie zwanych rzeźnymi, to pracownicy. Od kiedy bycie mordercą stało się zawodem?

– Jakie widzisz rozwiązanie?

– Prawo łaski dla zwierząt, które dokonały tych zbrodni i jednocześnie wystawienie zakazu dalszego zabijania jakichkolwiek zwierząt. Zakaz ten, jego złamanie powinno podlegać karze śmierci. A ułaskawienie psów powinno przyjąć charakter symbolicznego wymierzenia kary na całej ludzkości za dopuszczanie się masowych morderstw dokonywanych na wszelkich zwierzętach. Reasumując, powinni uznać, że psy zabijając tych ludzi, wzięły odwet za wszystko co do tej pory się stało i tym samym uznać, że wydarzenia te są cezurą, która wyznacza nowy okres.

Mężczyzna patrzył na swojego psa. Zastanawiał się, czy dalej może używać tego typu sformułowania: „swój pies”. Czy czworonogi powinny uzyskać wolność? A jeśli ją uzyskają, to czy będą w stanie na tej wolności żyć?

– Z kotami sprawa byłaby prostsza – rzekł Johnny.

– Czemu?

– Koty są strasznymi egoistami. W żaden sposób nie przejęłyby inicjatywy i nie widziałyby sensu wypowiadać się w kwestiach społecznych ważnych dla ogółu zwierząt. Poza tym, no nie oszukujmy się – nie wszczynałyby żadnych krwawych zamieszek zakończonych śmiercią ludzi. Co najwyżej zadrapałyby kogoś. Ranę zalepiłoby się plastrem i po problemie. Weź przyłóż plaster do tych martwych ludzi i staraj się o nich zapomnieć… Źle to wszystko się zaczęło, mówię ci Grzesiek, bardzo źle.

– W twoim założeniu jest pewien błąd.

– Jaki?

– Jeszcze dziś rano, nie powiedziałbyś, że jakikolwiek pies przejmie inicjatywę, by nie tylko wyrażać się o kwestiach społecznych i etycznych, ale również i doprowadzić do wymierzonych morderstw.

– Fakt – powiedział Johnny, po czym dodał. – Więc pewnie z kotami też byłby problem. W końcu to egoiści, więc może i większy problem mielibyście z nimi niż z nami.

Obaj siedzieli jeszcze jakiś czas przed telewizorem, w którym w końcu zaczęto powtarzać to, co już wcześniej powiedziano. Przeszli więc do kuchni. Pies skierował się do swojej miski, lecz Grzegorz podniósł ją z podłogi i zaniósł do stołu, a następnie wziął swoje zimne tosty i usiadł naprzeciwko niego.

– No i co ja mam z tobą zrobić? – Patrzył w oczy swojego psa.

– Pewnie to co wszyscy inni z wszystkimi innymi… – odrzekł Johnny.

– Co masz na myśli?

– Jedz ze mną śniadania i kolacje, plotkuj ze mną o innych, a mnie obgaduj z innymi. Oglądaj ze mną telewizję i śmiej się ze mnie, gdy nieporadnie będę się starał być bardziej cywilizowany. Przede wszystkim jednak, pamiętaj, że nie można karać zwierząt, za to, że są zwierzętami, które chcą żyć jak ludzie.

– Bardzo patetycznie ci to wyszło – powiedział z przekąsem.

– Tak, zabrakło flagi, która falowałaby za mną, w tle. Tylko, jaka miałaby to być flaga?

Siedzieli, jedząc swoje posiłki. Przed mężczyzną utworzyło się pobojowisko z okruszków. Przed psem, dookoła jego miski, rozsypała się karma.

– Myślę, że dziś jest wasz ostatni dzień – powiedział Grzegorz. – Ostatni dzień psów.

– Też tak myślę, choć chyba jutro nie zrobią ze mnie obywatela – zaśmiał się Johnny.

– Więc, jak spędzisz ostatni dzień jako pies?

– Chyba wypada po raz ostatni oddać się swojej zwierzęcej naturze – powiedział, po czym zawył niczym wilk.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *