A jak Andromeda – Fred Hoyle & John Elliot – recenzja

Świat stoi na krawędzi wojny. By poprawić swoją obronność, rząd Wielkiej Brytanii inwestuje środki w powstanie najczulszego radioteleskopu na Ziemi. Cel aparatury uruchomionej w Boludershaw Fell jest prosty: monitorować przestrzeń powietrzną i analizować tory lotu pocisków. Naukowcy wyłapują jednak coś, czego się nie spodziewali. Zakodowany sygnał pochodzący z rejonów Galaktyki Andromedy. Zawiera on w sobie coś, co może być jednym z największych przełomów naukowych w historii ludzkości. Pozostaje pytanie, czy owa wiadomość rzeczywiście przyniesie rozwój, czy może apokalipsę?

A JAK ANDROMEDY

Wydana w 1962 roku książka A jak Andromeda Freda Hoyle’a i Johna Elliota bazuje na wyprodukowanym dla BBC serialu telewizyjnym o tym samym tytule. Historia, którą Brytyjczycy mogli oglądać na ekranach swoich telewizorów w 1961 roku, dziś stanowi podręcznikowy przykład lost media – oryginalne, telewizyjne A for Andromeda przetrwało jedynie we fragmentach.

Poza recenzowaną, książkową adaptacją, A jak Andromeda otrzymała dwa remake’i: włoski serial A come Andromeda z 1971 roku, oraz brytyjski, pełnometrażowy film z 2006 roku [zachowujący tytuł oryginału].

Wróćmy jednak do meritum.

NIEBEZPIECZEŃSTWA NAUKI

Głównym tematem publikacji Hoyle’a i Elliota jest nauka. A właściwie – niebezpieczeństwa z nią związane. Wszystko rozpoczyna się od wspomnianego wcześniej sygnału. Samo jego przechwycenie, a następnie rozkodowanie stanowi dla głównego bohatera, Johna Fleminga intelektualne wyzwanie. Jest w tym również sporo zwykłej ciekawości – czym jest sygnał? Co zawiera? Skąd pochodzi? W jakim celu został wyemitowany? Do kogo jest skierowany? Jednak, jak to mówią – ciekawość, to pierwszy stopień do piekła…

Wiadomość, która udało się rozkodować, jest swego rodzaju instrukcją. Jej wykonanie może przyspieszyć rozwój nauki. Czy można jednak zaufać czemuś obcego pochodzenia?

Śledząc losy naukowców [oraz polityków i wojskowych] zaangażowanych w projekt, możemy dostrzec hurraoptymistyczne podejście, które z czasem zostaje skontrowane z trzeźwą oceną sytuacji. Wydaje się, iż wyłącznie jedna postać dostrzega potencjalne zagrożenie. Ale, co może jeden człowiek przeciwko wszystkim?

„Zgadzam się, że przyjdzie taki czas, gdy stworzymy jakąś wyższą formę inteligencji, której w końcu ustąpimy miejsca. I zapewne będzie to nieorganiczna forma życia […]”

A jak Andromeda, Fred Hoyle, John Elliot, tł. Zbigniew A. Królicki, Dom Wydawniczy REBIS, 2026, s. 218.

A jak Andromeda stawia pytania, które dziś – w dobie wszechobecnego AI, czy rozwoju genetyki – są niezwykle aktualne. Ani trochę nie zestarzał się także temat uwikłania nauki w rozwój militariów, jej powiązań z polityką, czy sektorami prywatnymi. Autorzy dość ciekawie zaprezentowali również szpiegostwo korporacyjne.

CO SIĘ ŹLE ZESTARZAŁO?

Jednak recenzowana publikacja została wydana w 1962 roku, i w niektórych aspektach jest to widoczne. Mam tu na myśli zwłaszcza podejście do alkoholu, który jest czymś, po co postaci zbyt często sięgają – nawet w pracy. Spotkanie w gabinecie? Drink. Luźna rozmowa? Drink. Sposób na spędzanie wolnego czasu? Drink. Itd. Pod tym względem A jak Andromeda przypomniała mi Kosmiczne Wampiry Colina Wilsona [choć, w Kosmicznych Wampirach alkohol jest zdecydowanie częstszym towarzyszem postaci].

Oczywiście, biorąc poprawkę na rok publikacji, należy przymknąć także oko na niektóre z naukowych metod czy technologicznych rozwiązań. Dla przykładu: dość „dziwny” wydawał mi się stworzony przez Autorów interfejs łączący człowieka z maszyną. Oraz kilka aspektów związanych z genetyką [ale tutaj nie wchodzę w szczegóły, by niczego nie spoilerować].

KLIMAT

Wróćmy jednak do pozytywów. Największym z nich jest panujący w książce, szeroko rozumiany, klimat. Po pierwsze, rzeczywiście czuć, iż prace nad projektem mogą doprowadzić do czegoś złego. Po drugie: nad wszystkim ciąży widmo potencjalnego konfliktu zbrojnego. Postaci żyją w świecie, w którym w każdym momencie może wybuchnąć wojna – i doskonale zdają sobie z tego sprawę. Hoyle i Elliot doskonale oddali zimnowojenne niepokoje.

„Różnice programowe zostały nie tyle pokonane, ile zignorowane, co mogło zapowiadać koniec rządów partyjnych w tym kraju. Nikt się tym specjalnie nie przejmował, gdyż cały naród najwyraźniej pogrążył się w beznadziejnej apatii w obliczu świata, który wymknął się spod kontroli. Za sprawą kilku pozostałych lewicowych ugrupowań antyrządowych na ścianach Whitehall czasem pojawiało się napisane kredą słowo „Vichy”, lecz był to jedyny przejaw sprzeciwu. Ludzie spokojnie zajmowali się swoimi sprawami, a wokół spraw publicznych zapadła dziwna cisza. Ktoś powiedział, że w tej ciszy można usłyszeć spadającą bombę.”

A jak Andromeda, Fred Hoyle, John Elliot, tł. Zbigniew A. Królicki, Dom Wydawniczy REBIS, 2026, s. 37.
PODSUMOWUJĄC

A jak Andromeda to dobrze napisana i – pod wieloma względami – wciąż aktualna historia. Autorzy zadają pytania o naukę: niebezpieczeństwa z nią związane, czy odpowiedzialność za nią. Dywagacje natury etyczno-filozoficznej nie zakłócają przy tym tempa akcji, ani nie pozwalają zapomnieć o potencjalnych zagrożeniach. Pomimo kilku archaizmów, A jak Andromedę czytało mi się wybornie [być może nawet lepiej, niż Czarną chmurę Freda Hoyle’a].

RECENZJA NA PODSTAWIE WYDANIA

A jak Andromeda, Fred Hoyle, John Elliot, tł. Zbigniew A. Królicki, Dom Wydawniczy REBIS, 2026, ISBN: 978-83-8338-451-1.

Egzemplarz książki otrzymałem od Wydawcy w ramach współpracy barterowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *